Treść strony

Dobra zabawa - cz. II

.
Druga część wywiadu z Michałem Piszczkiem

- Jak wyglądały kontakty z zawodnikami? Mieliście problemy z dotarciem do nich. 

Nie. Jako stowarzyszenie mogliśmy reprezentować kibiców, a co za tym idzie spotykać się z zawodnikami i z Klubem. Zawodnicy byli do naszej dyspozycji. Klub także nam wiele pomógł, a w szczególności Paweł Gurtowski, który pomógł nam w wielu inicjatywach, w realizacji naszych pomysłów. Gdyby nie jego pomoc, ale także i Klubu jako takiego, byłoby bardzo ciężko coś zrobić. Bardzo dużo pomógł nam także pan Zdzisław Buczel [dyrektor Klubu – przyp. Autorki]. Dzięki tym dwóm osobom Klub Kibica mógł się rozwijać i realizować swoje pomysły. Zorganizowaliśmy także, wraz z Klubem, Wigilię dla zawodników. Jako prezent świąteczny podarowaliśmy im Puchar „Za zajęcie pierwszego miejsca w naszych sercach”. W tym dniu poznaliśmy ich tak naprawdę bliżej. Z wielu rozmów z zawodnikami wynikało, że im się podoba nasza działalność, że nasz doping mógł „przestraszyć” zawodników drużyny przeciwnej. Podejrzewam, że do dziś wielu zawodników ma w telefonach nagraną naszą „Forzę” [„Forza TKH!” to nieoficjalny hymn drużyny TKH – przyp. Autorki], która powstała bardzo spontanicznie na podstawie pieśni kibiców St. Pauli z Hamburga. Dużo pomógł nam nasz nieoceniony Trębacz, który w domu ułożył sobie nuty i potem zagrał nam to na meczu.

- Klub Kibica to było prawie 200 osób, ale to jednak Twój wkład był największy. Na Tor-Torze mówią o Tobie „człowiek instytucja”.

Tak? Dziękuję, nie wiedziałem o tym. Nie będę jednak ukrywał, ale wszystkie pomysły odnośnie Klubu Kibica były moje. Klub Kibica był moim dzieckiem i w całości mu się poświęciłem. Nie żałuję tego czasu. Przeżyłem bardzo fajne chwile, poznałem masę wspaniałych osób, którzy nadal chodzą na hokej i z którymi wiążą mnie różne sprawy. Co prawda nie siedzimy już razem, ale ja wiem, że oni są i że także dopingują. 

- Skąd czerpałeś inspirację i pomysły na doping, a także konkursy mające na celu przyciągnięcie większej ilości publiczności?

W dużej mierze z innych lodowisk. Gdy nie było już Klubu Kibica jako takiego, zaczęliśmy jeździć ze znajomymi za granicę na mecze hokejowe. Byliśmy w Pradze, gdzie podpatrzyliśmy niesamowite oprawy samego wjazdu zawodników na lód. Dwa czy trzy lata temu, na rozpoczęcie sezonu, zorganizowaliśmy podobną akcję. Przy wjeździe na lód stały osoby trzymające pochodnie i ubrane w strój rycerski. Światła były przygaszone. Spiker wyczytywał nazwiska graczy i oni wyjeżdżali na środek.

- Zdradzisz jakąś niespodziankę dla kibiców?

W Berlinie, gdzie byliśmy dwa razy, podpatrzyliśmy fajną akcję, tzw. „player song”. Chodzi w niej o to, że na każdej rozgrzewce wyświetlona będzie lista ulubionych piosenek zawodników,  w rytm tych właśnie utworów będą się rozgrzewali. Mamy jeszcze wiele pomysłów, ale na chwilę obecną pozostańmy na tej niespodziance. Więcej nie zdradzę... Marzy mi się też kącik dla dzieci, taki „Kinder room”. U nas nie ma, teoretycznie, na to miejsca, ale idea jest świetna. Przychodzi cała rodzina na mecz. Mąż idzie oglądać mecz, a w tym czasie żona (niektóre przychodzą z własnej woli, a inne tylko po to, by pobyć z mężem) albo zostaje z nim, albo idzie do specjalnego pomieszczenia, gdzie spędzi czas na przykład u fryzjera lub kosmetyczki, którzy będą mieli jakieś rabaty. W tym samym czasie dzieci spędzają czas ze specjalistami na zabawach, rysowaniu, oglądaniu lub czytaniu bajek. Może to być za małą opłatą, ale mamy wtedy pewność, że będą one bezpieczne, a cała rodzina spędza pożytecznie czas. Tak jest na Zachodzie, więc czemu nie mogłoby być tak i u nas.

- Czy poza przyciągnięciem większej ilości kibiców, konkursy mają jeszcze jakiś cel?

Przyciągnięcie kibica to jedno. Trzeba także zadbać o to, by czuł on się wyjątkowo. W tym celu powstał projekt „kanapa”. Chyba jedyna na świecie! Kibic, który płaci za emocje i za wynik, musi czuć, że otrzyma coś w zamian, czy będzie to pizza, czy jakaś inna nagroda. Wszystko to sprawi, że następnym razem także przyjdzie. W tym celu, na samym początku, założyliśmy sobie taki, a nie inny styl kibicowania. Gdy kibic nie słyszy nieustannych przekleństw to może następnym razem weźmie żonę i dzieci. To prowadzi do tego, że Klub sprzeda więcej biletów, a to w końcu odbije się pozytywnie na jego kasie . Więcej pieniędzy to także lepsi zawodnicy, lepsze wyniki, a w konsekwencji większa ilość osób na trybunach. Koło się zamyka.

- Poza ulotkami, gazetkami, które rozdawaliście na lodowisku, sprzedawaliście także płyty.

Tak, płyty CD z naszymi przyśpiewkami, których wydaliśmy coś około 1000 sztuk, ze sprzedaży których dochód miał być przeznaczony na Klub. Początkowo kosztowała ona 15 zł, później 10 zł, 5 zł, a na końcu rozdaliśmy za darmo, gdyż sprzedaż nie szła zbyt dobrze. Pamiętam, jak Tomasz Wawrzkiewicz, jeden z najlepszych hokeistów, który grał u nas
w tamtych czasach, siedział u mnie w domu i podpisywał każdą sztukę. 

- Jaki wpływ na Wasze zaangażowanie miały wyniki zespołu?

Kiedy działał Klub Kibica, gra zawodników była ważna, ale nie najważniejsza. Nie zwracaliśmy większej uwagi na to, jakie wyniki osiąga zespół. Ważniejsze dla Nas było to, że jesteśmy razem, że razem wspieramy drużynę. Czy grali słabo, czy lepiej, My i tak byliśmy i tylko to się liczyło. Czuliśmy się pewnego rodzaju jednością, a zawodników traktowaliśmy jak kumpli.

- Kiedy Klub Kibica zaczął podupadać?

Same wyniki zespołu nie miały wielkiego znaczenia. Nasze drogi powoli zaczęły się rozchodzić. Pojawiły się rodziny, dzieci, praca. Chyba nam się to trochę „przejadło”. Z drugiej strony, teraz, po paru latach, mogę stwierdzić, że wszystko zaczęło się „sypać” po nagrodzie od „Nowości” („Złotej Karecie”). Chyba wtedy właśnie był kulminacyjny moment i chyba właśnie wtedy przestało nam się chcieć.

- Bo okazało się, że jesteście najlepsi i nie musicie się już starać?

Nie wiem. Być może tak też było. Mieliśmy za dużo planów, a za mało spontaniczności. Mogliśmy zostawić to samemu sobie, to mogło się rozwijać własną ścieżką, a tak zrobiło się zbyt profesjonalnie. Wszystko powoli siadło, ludzie przestali przychodzić do sektora i tak się wszystko rozpadło.

- Jak odbierasz dzisiejszy doping na Tor-Torze.

Bardzo się cieszę, że są osoby, którym się chce kibicować. Że przychodzą, siadają w sektorze „A”. Teraz jest nowe pokolenie, chłopacy robią to, co robią, czują się z tym dobrze i chwała im za to, że chcą coś robić. Mają flagi, kupują bębny, robią oprawę. Bo jednak na Tor-Torze nadal są ludzie, którym brakuje śpiewów, zorganizowanego dopingu. To są prawdziwi fanatycy. Osobiście przeszkadza mi tylko bluzganie.

- Najprzyjemniejsze wyjazdy? Najbardziej zapadające w pamięć?

Niewątpliwie pierwszy do Gdańska. Potem do Oświęcimia. To były najfajniejsze wyjazdy. Potem był jeszcze wyjazd trzema autokarami do Gdańska, ale ten, pomimo tego, że organizacyjnie, ilościowo i jakościowo było super, był jednak mniej przyjemny, gdyż ciężko nam było zapanować nad prawie 200 osobami, z których dużo nie znaliśmy. Po tym wyjeździe wróciliśmy do wyjazdów typowo dla Klub Kibica. 

- Skąd pomysł na wyjazd z drużyną, po wywalczonym awansie do Ekstraligi, do Berlina na mecz drużyny Eisbären?

Byliśmy ze znajomymi w Berlinie jakiś rok wcześniej. Byliśmy totalnie zdumieni – 16 tys. widzów, pani w szatni odbierająca od nas kurtki, liczne bary z piwem, jedzeniem, hostessy sprzedające batoniki i inne przekąski, loże dla VIP’ów, bardzo dużo gadżetów, konkursów, a na zakończenie mecz na świetnym poziomie. Nie chodziło o sam poziom sportowy, tylko o pokazanie innym, jak może być zorganizowany mecz hokejowy i czas pomiędzy samą grą. O pokazanie, że drużyna hokejowa to część czegoś większego, że jest to produkt marketingowy, a sami zawodnicy to część większego projektu, w którym wszystkie elementy się ze sobą zazębiają i całość zarabia na siebie. W całym tym projekcie chodziło o pokazanie, że my – kibice – jesteśmy częścią tego wszystkiego, że jesteśmy także sponsorami i że chcieliśmy im podziękować za awans.

- Jeździcie głównie po to, by zobaczyć organizację meczu hokejowego w innych krajach czy z powodów sportowych?

Jeździmy, bo kochamy hokej. Jedziemy, by poczuć atmosferę. Jesteśmy jak kibice F1, którzy też potrafią przejechać setki kilometrów, by zobaczyć wyścig. Bardzo miło jest w Niemczech, płaci się 17 €, a atmosfera i sama organizacja jest genialna. Podobnie w Czechach. Staramy się także zwiedzać miasta, w których jest mecz, więc łączymy przyjemne z pożytecznym. Nawiązujemy także kontakty z kibicami.

- Największe marzenia kibica hokeja? Mecz NHL na żywo?

Nie. Nie, zdecydowanie to nie to. Największym marzeniem jest finał Mistrzostw Polski na Tor-Torze. Żeby Toruń walczył o złoto. Mecz NHL na żywo jest osiągalny – można jechać do Pragi lub Kanady. Oczywiście fajnie byłoby to zobaczyć, ale to nie jest marzenie. Gra naszych Chłopaków, gdy walczą o złoty medal – to jest to. 

.

autor: em

« wstecz

Banery

  • -

Banery

  • ecenter

Banery

  • Miasto Torun
  • Sklep hokejowy
  • studio-pro

Kalendarium

W tym miesiącu

Brak wydarzeń w wybranym okresie