Treść strony

Złota dekada hokejowych derby
Zanim kibice z Bydgoszczy i Torunia zaczęli chodzić na derby żużlowe, przez długie lata największe emocje przeżywali na trybunach lodowisk. Nieraz lał deszcz albo ściskał mróz, ale z lodu zawsze sypały się iskry. Iskry walki.

Starsi mieszkańcy obu miast, miłośnicy sportu, pamiętają zapewne jeszcze, jak niezwykła potrafiła być dramaturgia tych spotkań. W stałej oprawie pękających w szwach, odkrytych, oczywiście, trybun i w atmosferze wzajemnego przekrzykiwania się (obrzucanie wyzwiskami i okrzyki triumfu). Czasami na lód leciały butelki, kapelusze lub... drobne monety. Te ostatnie miały wtapiać się w lód i przeszkadzać graczom w płynnej jeździe.

Na Torbydzie powszechnie skandowano „Toruń zaorać” i „Głupi Józef” pod adresem dwóch toruńskich asów, bramkarza Wiśniewskiego i napastnika Stefaniaka, którzy potrafili się tak zdenerwować, że wdawali się w bójki z publicznością, co kończyło się dla nich z reguły wykluczeniem z gry.

Na Tor-Torze rozlegało się gromkie „Bydgoszcz zaorać”, „Polonia lipa” i „Rudy do budy” pod adresem bramkarza Polonii, Redwansa, który często puszczał w takiej chwili „głupie” bramki. A kiedy podpadł sędzia, zostawał „kaloszem”. Moda na wulgaryzmy przyszła dopiero w latach 70., kiedy to hokejowa „święta wojna” bydgosko-toruńska chyliła się już ku upadkowi.

A kiedy się rozpoczęła? Tak na dobre to właściwie w połowie lat 60., kiedy zaistniał jej złoty wiek, trwający ledwie dekadę. Wcześniej hokeiści z Bydgoszczy i Torunia rywalizowali ze sobą dość nieregularnie, bo grano wszak tylko wówczas, kiedy był mróz, a ponadto pod różnymi szyldami, gdyż w obydwu ośrodkach istniało po kilka drużyn. Sport uprawiano wówczas głównie dla przyjemności, o zarabianiu w ten sposób kokosów nikt jeszcze nie myślał.

Pierwsi byli... wioślarze

Inauguracyjne zawody hokejowe w Toruniu odbyły się 17 stycznia 1926 roku. Toruński Klub Sportowy, świeżo powstały, uległ Klubowi Łyżwiarzy z Poznania 2:3 na ślizgawce TKS przy ul. Moniuszki (późniejsze lodowisko „Pod Grzybem”).

Bydgoszczanie na swoją premierę musieli czekać niemal dwa lata dłużej. Dopiero 11 grudnia 1927 roku „na terenie ślizgawkowym Bydgoskiego Klubu Sportowego przy ul. Słowackiego narożnik ul. Staszica - pl. Kochanowskiego” - jak to określano - odbył się najpierw pokazowy mecz dwóch drużyn z Torunia, występujących pod szyldem TKS „A” i TKS „B”, po czym rozegrano zawody pomiędzy „słabszymi” toruniakami a miejscową ekipą, występującą pod szyldem... Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego, zorganizowaną ad hoc. Skończyło się na 3:2 dla torunian, ale kiedy BTW pojechało na pierwszy poważny mecz do miasta Kopernika, uległo miejscowemu gimnazjalnemu KS-owi aż 1:10!

Nic dziwnego, że w międzywojniu Toruń był w rywalizacji obu miast zdecydowanie górą. Ponadto miał Józefa Stogowskiego, etatowego bramkarza kadry Polski, wielokrotnego olimpijczyka i uczestnika mistrzostw świata i Europy. Na przykład 3 marca 1930 r. w Bydgoszczy zorganizowano turniej z udziałem dwóch drużyn z Torunia, jednej z Grudziądza i trzech z Bydgoszczy. „Hokejowano” od 9 rano do późnego wieczora. W finale Polonia sromotnie poległa z TKS-em ze Stogowskim w bramce aż 0:12.

Jednak już wówczas dochodziło do zgrzytów, nieodłącznego elementu rywalizacji Bydgoszczy z Toruniem. 18 stycznia 1931 r. „Dziennik Bydgoski” informował: „W ubiegłą niedzielę na ślizgawce Polonji bydgoskiej miało miejsce nieporozumienie wywołane przez jednego z widzów w czasie zawodów w hokeja między TKS-em a Polonją. Widz ten podobno został sprowokowany przez gracza toruńskiego i dopuścił się rękoczynu, złapał zawodnika za rękę, by nie mógł dojść do krążka szybciej niż gracz Polonji. Grę przerwano przy stanie 1:0 dla Polonji”.

Dla równowagi jednak gazeta skwapliwie przypominała: „Również w Toruniu, w czasie zawodów Polonja - TKS, publiczność tamtejsza rzucała bryły lodu pod nogi graczy bydgoskich. Źle się dzieje na lodowiskach!”

Ten sam „Dziennik Bydgoski” w 1938 roku informował: „Hokej w Bydgoszczy prawie że nie istnieje. Z klubów sportowych jedynie Polonia od lat już tradycyjnie samotnie uprawia ten piękny sport, walcząc z niebywałymi trudnościami. Dawniej Polonia posiadała własne lodowisko, obecnie i tego nie ma”.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że pojęcie „derby” przed II wojną praktycznie nie funkcjonowało, a rywalizacja z racji wyższości Torunia nie budziła wielkich emocji. Wszystko uległo zmianie po wojnie.

Jak milicjant z kolejarzem

W nowej rzeczywistości wszystko było inne. Dlatego w Bydgoszczy hokej należał do Gwardii, czyli milicji, w Toruniu do Kolejarza. I znów Kolejarz regularnie wygrywał z Gwardią, sięgając w 1950 roku po brązowy medal mistrzostw Polski.

Sytuacja uległa diametralnej zmianie dopiero wówczas, kiedy do MO, czyli Gwardii, w ramach zastępczej służby wojskowej wcielono kilku graczy ze Śląska, stanowiących elitę polskiego hokeja, a Kolejarz musiał pożegnać się ze swoimi poborowymi. Nic dziwnego, że w 1954 roku Gwardia dwa razy po raz pierwszy tak wyraźnie była górą (9:2 i 9:3), sięgając zresztą w dwóch kolejnych sezonach po wicemistrzostwo kraju. W 1955 roku obydwie ekipy rywalizowały w finałach krajowego czempionatu MP, w meczu o brązowy medal było 5:3 dla Bydgoszczy.

Częste w latach 50. łagodne zimy i odwilże utrudniały rytmiczną grę aż do późnej jesieni 1959 r., kiedy to powstały niemal jednocześnie w Bydgoszczy i Toruniu sztuczne lodowiska. To właśnie te inwestycje przyczyniły się do wzrostu poziomu sportowego hokeja w obydwu miastach, to one umożliwiły regularne rozgrywanie zawodów i legły u podłoża prawdziwych, wielkich „grand derbi”.

I stał się cud

Okres prawdziwych derby rozpoczął się właściwie jesienią 1965 r. po powrocie Pomorzanina z jednorocznej banicji w II lidze. Odtąd rywalizowano zacięcie przez kolejnych 10 sezonów, w tym często o medale, zwykle na wysokim poziomie.

Koniec lat 50. i początek 60. należały znów do Torunia. W 1964 r. jednak role się odwróciły. Polonia zdobyła brąz, Pomorzanin spadł do II ligi. W niczym to jednak nie zmieniało faktu powstania legendy, że „Jak długo Wisła płynie, Bydgoszcz nie wygra na Tor-Torze”. W istocie, z chwilą powstania sztucznego lodu w mieście Kopernika Pomorzanin zawsze wygrywał z Polonią! W 1960 r. 5:1, w 1961 - 5:3, 6:4 i 9:3, w 1963 - 9:3 i 7:5, w kolejnym 9:6 i 3:2.

W sezonie 1965/66 Pomorzanin jako beniaminek pod wodzą czeskiego trenera Svobody był rewelacją ligi, wygrał kolejno 8 pierwszych meczów i prowadził w tabeli. 23 października 1965 r. w Toruniu na pierwsze po rocznej przerwie derby na trybunach nie zmieścili się wszyscy chętni. Kilka tysięcy ludzi, w tym przyjezdni z Bydgoszczy, stało wokół lodowiska i czekało na dochodzące z areny wiadomości. A na lodowisku działy się rzeczy niecodzienne.

Najpierw uprzejmi gospodarze wręczyli gościom toruńskie pierniki, a następnie zafundowali... awarię światła. Wezwani fachowcy usuwali ją, jak obliczono, równe 22 minuty. Dopiero wówczas głos mogli zabrać sportowcy. Najpierw gola zdobył bydgoszczanin Jędrol, potem dwie bramki dla torunian strzelili Wiśniewski i Skólski. Wydawało się, że tradycji łatwo znów stanie się zadość, tymczasem wynik nie ulegał bardzo długo zmianie i wszystko było możliwe.

W połowie trzeciej tercji od naporu kibiców, stojących cierpliwie na zewnątrz trybun i usiłujących wcisnąć się na obiekt, załamała się barierka ochronna. Mecz znów trzeba było przerwać na kilkanaście minut, rannych wyniesiono na zewnątrz. Krótko po wznowieniu gry Polonia wyrównała i wtedy nastąpił szturm torunian, którzy zdobyli trzy kolejne gole, wygrywając 5:2. Następnego dnia, w niedzielę, w Bydgoszczy miał miejsce rewanż. Polonia długo prowadziła 3:2, ale 5 minut przed końcem „Kiwi” Wieczerzak zdobył dwa gole i Toruń kolejny raz był górą.

Wiosną 1966 roku Pomorzanin kontynuował wspaniałą serię, Polonia była przedostatnia w tabeli. W kolejnych derby jednak stał się cud! Po raz pierwszy od 6 lat bydgoszczanie wygrali w Toruniu 6:3, głównie dzięki Andrzejowi Tkaczowi, który bronił jak natchniony, powstrzymując rozpędzonych hokeistów toruńskich, a zwłaszcza nasz eksportowy duet Żurawski - Stefaniak. Gospodarze nie mieli nic do powiedzenia. W połowie meczu przy stanie 2:5 zjechał do boksu ze łzami w oczach nawet bramkarz Józef Wiśniewski. Następnego dnia w Bydgoszczy poloniści ponownie triumfowali, tym razem 3:2.

- W tamtych czasach 7-8-tysięczne komplety widzów na derby nie należały do rzadkości, podobna była pojemność trybun w obu miastach - wspomina Grzegorz Kuczarski, wielki kibic hokeja. - Toruń miał wówczas drużynę, jaka nigdy się już nie powtórzyła - dodaje. - Liderem był Stefaniak, a jak grał razem z „Żurym”, to każdemu bramkarzowi przeciwnika dygotały nogi. Świetny był też „Józwa” Wiśniewski w bramce, choć za nerwowy, często się załamywał. Była cała masa dobrych obrońców, z „Lutkiem” Czachowskim na czele, „Fernandelem” Zielińskim, „Pawłem” Żebrowskim i Modzelewskim. W drugim ataku „Długopis” Wawrzyński miał szybkich skrzydłowych „Kiwiego” i Załadasa albo „Maksa” Skólskiego. Polonia z kolei zawsze miała kłopot z bramkarzem po odejściu Tkacza. Próbowała Gołębiewskiego, Iwana, Redwansa, Urbanka... Miała też paru „góroli”, jak Szlapa, Cebula i Dreszer, świetnego „Maryjana” Fetera w obronie, co rywalizował na „bodiczki” z „Lutkiem” i niesamowity atak Gałęzewski - Piszczek - Nowak. Ten ostatni był prawdziwym fenomenem. Właściwie nie potrafił na łyżwach jeździć, raczej biegał, ale kiedy „Geniu” dostał krążek przy bandzie, nikt nie był w stanie go zatrzymać. Inna rzecz, że niemiłosiernie też patałaszył w strzałach na bramkę.

- Nie tylko derby wzbudzały wielkie emocje - dopowiada Kuczarski. - To już było tradycją, że cała widownia śpiewała gromko nowotarżanom „Góralu, czy ci nie żal...”, a kiedy na taflę wyjeżdżali bracia Kaczorkowie z Legii, to roznosiło się donośne „Kwa! Kwa!”, z kolei parę tysięcy ludzi szczekało jak na komendę, gdy na lód wychodził obrońca Murcków o nazwisku... Burek.

Niezapomniane derby

W sezonie 1968/1969 obie drużyny awansowały do finałowej czwórki. Oznaczało to udział w 4 dodatkowych turniejach. Pierwszy miał miejsce w Bydgoszczy, drugi w Toruniu. Grano trzy dni od piątku do niedzieli, po 2 mecze dziennie. W tym roku zatem Polonia i Pomorzanin rozegrały aż 7 meczów derbowych, z różnym wynikiem, bo o przyśpiewce „Jak długo Wisła płynie...” dawno już zapomniano.

16 listopada 1969 roku Pomorzanin przyjechał do Bydgoszczy bez zawieszonego Stefaniaka i kontuzjowanego Żurawskiego. Torunianie zagrali tylko dwoma atakami, a bramki w tym meczu sypały się niczym z rogu obfitości. Po I tercji było 4:3 dla Pomorzanina, po dwóch 8:5. W 54 minucie, kiedy torunianie zdobyli kolejnego gola i objęli prowadzenie 9:6, zdawało się, że to już koniec nadziei bydgoszczan na dwa punkty.

Ale oto Polonia nagle zerwała się do ataku, widząc, że rywale zaczynają słabnąć, kolejno gole zdobywali Piszczek, Majewski, Feter i Gałęzewski. Zrobiło się 10:9 dla miejscowych. teraz ratować wynik próbowali torunianie. Wycofali bramkarza, ale bulik w tercji Polonii wygrał Piszczek i wysokim lobem skierował do pustej bramki. 11:9 wygrała Polonia!

W 1975 roku Pomorzanin spadł po raz pierwszy, jeszcze wrócił na rok i definitywnie pożegnał się z hokejową ekstraklasą na kolejnych 11 lat.

Smutne pożegnanie

Ostatnie takie derby miały miejsce w 1977 roku, już w kwietniu, w ostatniej kolejce, kiedy Pomorzanina spadek, jak i utrzymanie się Polonii były już przesądzone. Tafla Tor-Toru została już wcześniej rozmrożona, mecze przeniesiono do Bydgoszczy. „To był piknik” - krótko nazwała tę rywalizację prasa. W sobotę było 9:7 dla Polonii, w niedzielę padł remis 7:7.

Raz jeszcze obie drużyny zmierzyły się w ważnych meczach, tym razem o awans do I ligi. Było to wiosną 1988 r. Dwa razy po 6:3 wygrali torunianie i to oni po 12 latach wrócili do krajowej elity.

W Toruniu

Najpierw na Starej Wiśle.
Pierwsze toruńskie ślizgawki w dwudziestoleciu organizowano na „Jordankach”, przy ul. Mickiewicza i Moniuszki.

„Sokół” otworzył lodowisko dla „uprawiania zdrowego sportu” na Starej Wiśle przy parku miejskim. Pod dozorem drh. Prusakiewicza - pisano - jest otwarte dla publiczności codziennie do późnego wieczora. Wstęp dla członków „Sokoła” - 20 gr, dla wojskowych i młodzieży - 25 gr, dla gości dorosłych - 50 gr.

W Bydgoszczy

Gdy na lustrzanym terenie zaczął się posuwać krążek...
„Wielki mecz pokazowy hocke- yowy” - zapowiadał w grudniu 1927 r. „Dziennik Bydgoski”, reklamując w ten sposób pierwsze zawody w mieście 11 grudnia. „Na mecz stawią się słynni polscy hockeyiści, reprezentujący barwy Rzeczpospolitej Polskiej na międzynarodowych zawodach w Szwecji. Hockey jest u nas jeszcze mało znanym i rozpowszechnionym i nie wątpimy, że Szan. Publiczność gremjalnie na tą imprezę podąży (...) Na miejscu cieplarnia i obfity bufet” - zapowiadano.

Nie mniej ciekawie brzmi sprawozdanie z zawodów: „Wspaniały obraz przedstawił się widzom, gdy na lustrzanym terenie pokazały się drużyny hockeyowe w przepisowych barwnych strojach. Punktualnie o godz. 12 na sygnał gwizdka sędziego z TKS p. Goncerzewicza, krążek hockeyowy zaczął się posuwać od gracza do gracza, raz po raz strzelony w bramkę. Bydgoski Klub Sportowy, inicjator tej imprezy, na zakończenie meczu przyjmował gości z Torunia śniadaniem w Klubie Polskim”.

 

Źródło: Nowości

komentarze (3) ()

« wstecz

Banery

  • -

Banery

  • ecenter

Banery

  • studio-pro
  • Sklep hokejowy
  • Reklama za 50zł

Kalendarium

W tym miesiącu

Brak wydarzeń w wybranym okresie